ul. Jana Pawła II 55, 05-500 Piaseczno

Wojciech Małkowski: Wspomnienia o Józefosławiu

Data publikacji: 30/04/2021

Jaki jest Józefosław to widać. Ja skupię się głównie na wspomnieniach jaki był kiedyś oraz kto zamieszkiwał we wspomnianym okresie bardzo trudnych lat.

Moje korzenie wywodzą się z miejscowości Siekierki (obecnie Warszawa). Tu się urodziłem 5 maja 1937 roku, tu mieszkała rodzina ze strony matki, zaś ojciec pochodził z Augustówki (wówczas gmina Wilanów). Kiedy miałem 7 lat wybuchło Powstanie Warszawskie i tamte lata pamiętam bardzo dobrze. Już drugiego dnia od wybuchu Powstania został aresztowany mój ojciec i dziadek Jan Ruciński — ojciec mojej mamy. Obaj pracowali na ulicy Czerniakowskiej w Warszawskich Wodociągach i Kanalizacji i właśnie przenosili plany kanałów warszawskich. SS i Gestapo czekało w Siekierkach i przeprowadzili im osobistą kontrolę i obaj zostali aresztowani. Tego dnia po południu widziałem ich na boisku szkolnym razem z innymi mieszkańcami Siekierek, za ogrodzeniem, ostatni raz. Wszyscy zostali wywiezieni do niemieckich obozów pracy, a ojciec mój zginął w Buchenwaldzie, zaś co do dziadka — nie dowiedzieliśmy się nigdy o jego dalszych losach, mimo usilnych starań, nigdy do nas nie wrócił.

Następni, kiedy zaczęto niszczyć wszystko (łapanki, aresztowania, podpalanie domostw oraz masowe wywożenia do obozów) pozostali mieszkańcy, całymi rodzinami uciekali. Tak było i w moim przypadku. Przez Augustówkę, Wilanów, Zawady dotarliśmy do Powsina. Na wzgórzu, w Lesie Kabackim znajdował się folwark (majątek). Tu moja rodzina, jak wiele innych, zatrzymała się chwilowo. Jednak po kilku dniach, ruszyliśmy w dalszą drogę lasem oddalając się od Warszawy. Wspomnienia mam okropne: płacz dzieci, wszyscy brudni i głodni, leśna duchota, brak wody i pożywienia. Zbawieniem były jeżyny, maliny i poziomki. Dorośli i dzieci z tobołkami na plecach. Marsz odbywał się przeważnie wieczorem i nocą. W dzień było bardzo niebezpiecznie. Nad lasem krążyły niemieckie samoloty zwiadowcze, często strzelając z broni maszynowej, chowaliśmy się w najgęstszych zaroślach i tak dotarliśmy na brzeg lasu.

Tu zobaczyliśmy miejscowość lub wieś. Nikt z nas jeszcze wtedy nie wiedział jak się nazywała. Mój dziadek został wydelegowany na rozpoznanie. Po długim wyczekiwaniu wrócił i powiedział, że jest to niemiecka kolonia. W rozmowie z kimś w języku polskim ustalił, iż możemy się tu zatrzymać, będziemy zakwaterowani po niemieckich majątkach przy pracach polowych.

Jak się później okazało był to Józefosław, a mężczyzną, który zdecydował o naszym pozostaniu, był zarządca, odpowiednik sołtysa, nazywał się Stall. Miał on żonę i dwóch synów Jurka i Bronka. Starszy Jurek ukończył po wojnie Politechnikę Warszawską — Wydział Mechaniki Samochodowej. Młodszy później też studiował, ale nie pamiętam jaki kierunek. Z młodszym Bronkiem przystępowałem do Pierwszej Komunii Świętej, on w Piasecznie, a ja w Pyrach, wtedy był to kościół drewniany. Ten dzień pamiętam szczególnie, ale o tym później.

A teraz historia i wspomnienia sprzed 60 lat.
Po rozmieszczeniu nas w poszczególnych kwaterach, moja liczna rodzina podobnie, jak cała reszta przybyłych, rozrzucona została po całym Józefosławiu. Ja, babcia, mama, mamy siostra i brat mamy zamieszkaliśmy w budynku, gdzie obecnie mieszka moja rodzina — Rucińscy. Jest on aktualnie własnością państwa Nowosielskich. W czasie wojny część tego budynku zajmowali niemieccy oficerowie obsługując niemiecką radiostację. W pozostałej części oprócz nas, zamieszkiwali jeszcze państwo Cieślakowie i Lichodzcy. Po reformie rolnej objęli go w posiadanie państwo Kapuściarkowie.

Jaki był Józefosław przed 17 stycznia 1945 roku, a jaki był zaraz po wyzwoleniu? Do wyzwolenia był ponury, przygnębiający i smutny. Dużo niemieckiego wojska. Z rodzin polskich, jakie pamiętam to: Lichodzcy, Wiśniewscy, Radomscy, Olesińscy, Szelągowie, Chmielewscy, Cieślakowie, Szczepańscy, Korlakowie, Krawczykowie, Wąsikowscy, Bebelscy, Tomaszewscy, a także moja rodzina, Piaseccy, Politowscy, Pisance, Rodzcy, Porębscy. Po wyzwoleniu przybywało coraz więcej rodzin: Malewiczowie, Michalakowie oraz Pan Horoszko. Ten ostatni był uczestnikiem Armii Polskiej. Ponieważ został ranny, po wyjściu ze szpitala objął gospodarstwo (obecnie ul. Osiedlowa) w miejscu, gdzie przepływa kanał tzw. „pod kasztanami”. Był tam też mały staw.

Wówczas nie było tu prądu, wodociągu, a woda wyłącznie ze studni. Studnie znajdowały się przy samej drodze na zewnątrz gospodarstwa lub zagrody. Nie było ulic. Józefosław dzielił się na tzw. Klasy I, II, III. Klasa I — obecnie ul. Osiedlowa, klasa II — obecnie ul. Ogrodowa, klasa III — obecnie ul. Wilanowska.

Muszę wspomnieć rodziny niemieckie takie jak: Kloc, Wajzert, Ginter, Fajl, Stall. Byli to bardzo szlachetni i dobrzy ludzie. Nikt z nas nie doznał od nich żadnych upokorzeń i przykrości, wręcz przeciwnie, pomagali Polakom w miarę ich możliwości. Nawet niemieccy oficerowie, którzy stacjonowali byli postaciami pozytywnymi. Dzieciom rozdawali cukierki, słodycze, pokazywali fotografie swoich najbliższych. Czego nie można powiedzieć o żołnierzach SS i Gestapo, którzy przyjeżdżali na motorach z Piaseczna na inspekcje. Ci byli bezwzględni, za byle przewinienie potrafili być okrutni bijąc nie tylko dorosłych, ale i dzieci.

Pamiętam dokładnie jak wyglądało codzienne życie przybyłych rodzin. Dzień zaczynał się od pracy w polu od godziny 6-7 rano do godziny 18-19 z jedną godzinną przerwą na obiad. W pamięci mojej utkwiły szczególnie szlachetne dwie postacie spośród mieszkańców Józefosławia to Pan Stall i Pan Cieślak. Pan Stall był sołtysem, a Pan Cieślak gajowym (był Polakiem).

Pewnego dnia, kiedy pracowaliśmy przy zbieraniu ziemniaków i cebuli zapytałem Pana Stalla, dlaczego cebulę białą oddzielamy osobno od cebuli czerwonej. Odpowiedział, iż biała cebula i ziemniaki są przeznaczone dla żołnierzy niemieckich do jedzenia, zaś z cebuli czerwonej wyrabia się jodynę, również dla żołnierzy niemieckich. Wtedy my zaczęliśmy wbijać w ziemię znaczną część ziemniaków i cebuli, oczywiście w celu pomniejszenia zbiorów. Nie mieliśmy szczęścia, bo pierwszej nocy spadł obfity deszcz i niezebrane płody wypłynęły na powierzchnię ziemi. Rano, przyjechał esesman na inspekcję i wszystko zobaczył. Zarządził zbiórkę w dwuszeregu w odstępach 2-3 metrowych, plecami do niego i stłukł nas niemiłosiernie pejczem. Długo nie mogliśmy siadać na pupach. Tak się skończyła nasza dziecięca niesubordynacja i sabotaż. Zaś nasz kat, następnego dnia jadąc motorem do Piaseczna wpadł w poślizg na podłożu gliniastym, uderzył głową w wierzbę i zabił się.

Kolejną ciekawostką był niemiecki reflektor umieszczony na skraju lasu, na wysokości 400-500 metrów, przy gajówce, w stronę Dąbrówki. Gajówka zaś znajdowała się w odległości 100-150 metrów na lewo od krzyża, wstawionego po katastrofie lotniczej. Gajówka została spalona, ale nie pamiętam przez kogo. W lesie tym ukrywał się żydowski chłopak, który jakimś cudem wydostał się z getta. Miał wykopanych w lesie mnóstwo ziemianek, każdej nocy spał w innej. Oczywiście przeżył do czasu wyzwolenia, dzięki pomocy gajowego Pana Cieślaka, a myślę, że i Pan Stall wiedział o tym również, którzy donosili mu jedzenie.

Myślę, że już nieliczni pamiętają obecność niemieckiego balonu w Józefosławiu w okresie wojny. Umieszczony był na skraju lasu, w miejscu, gdzie obecnie jest nowe osiedle pod lasem. Każdego dnia o godzinie 20.00-21.00 unosił się w powietrze i obierał kurs na wschód, wracał o 24.00 lub jeszcze później. Kiedy niebo było pogodne widać go było doskonale, odległość od naszego miejsca zamieszkania do lasu była nieduża. My, jeszcze wówczas dzieci, bardzo lubiliśmy obserwować wzloty i powroty tego balonu. Pewnego razu, został wykryty przez wywiad zachodni i zniszczony.

Na posesji gdzie mieszkaliśmy (obecnie posiadłość państwa Nowosielskich) stał niemiecki agregat prądotwórczy oraz namiot służący za łaźnię. Oficerowie niemieccy niejednokrotnie pozwalali nam się kąpać.

Wracam wspomnieniami do pozytywnych postaci. Pan Stall, kiedy jeszcze był niemieckim zarządcą, udzielał pomocy uchodźcom z powstania warszawskiego. Również Pan Stall bardzo często pod osłoną nocy, pod pozorem nadzoru i kontroli jadąc małym dwukołowym wozem, zostawiał pod domem chleb, biały ser, masło, mleko. W owych czasach było to coś nadzwyczajnego. Te dary wielu osobom pomogły przeżyć.

Kiedy zbliżał się wschodni front, Niemcy stawali się coraz bardziej nerwowi, groźniejsi, a zatem niebezpieczni. W grupie jeńców przeznaczonych na rozstrzelanie znalazł się gajowy Cieślak. Wtedy córka jednego z Niemców, ubłagała swojego ojca o darowanie życia Panu Cieślakowi. Po długich prośbach i błaganiach, gajowego odsunięto z szeregu, pozostałych rozstrzelano na końcu lasu blisko Dąbrówki.

Nadszedł styczeń 1945 roku, front wschodni zbliżał się od strony Grójca i Piaseczna, Niemcy w popłochu pakowali swoje radiostacje i urządzenia oraz sprzęt. Wszystkim mieszkańcom nakazano nie wychodzić z domów, szczelnie zasłonić okna. Trzeba przyznać, że zorganizowana ucieczka była szybka i perfekcyjna. Przez kilka dni i nocy słychać było warkot silników samochodowych oraz wydawane komendy w języku niemieckim.

W nocy z 16 na 17 stycznia zapanowała głucha cisza. Początkowo nikt z nas nie wychodził w obawie przed przykrymi niespodziankami, ale ciekawość zwyciężyła. Najodważniejszą okazała się moja babcia, wyszła i po chwili zawołała „Wychodźcie — nie ma już Niemców”. Jednocześnie od strony lasu ukazały nam się trzy pędzące psy, które okazały się małymi końmi, a na nich rosyjski zwiad, kobieta i dwóch mężczyzn. A ponieważ tej zimy spadły obfite śniegi i nie brakowało dużych mrozów — te małe koniki były ledwie widoczne za śnieżnych zasp. Przybysze wjechali do nas na podwórko, zapytali „czy jest germaniec” oraz „babuszka hadziajka daj wodki”. Wódki nie było i nie dostali jej, wobec czego oddali serię ogniową w górę ze swych pepeszek i niepocieszeni odjechali w kierunku Dąbrówki. Po pewnym czasie nadleciał „kukurużnik” i zrzucił ulotki. Była to krótka informacja „Idzie wolność — wojsko maszeruje od strony Grójca i Nowego Miasta”. Rzeczywiście, za dwie lub trzy godziny, wojsko polskie i rosyjskie zobaczyliśmy na własne oczy od strony Piaseczna, maszerowali w stronę Warszawy, a nad ich kolumnami nisko latały samoloty. Nie muszę chyba opisywać wielkiej radości i euforii, jaka zapanowała wśród nas. Jednak, kiedy przyjrzeliśmy się z bliska tym młodym chłopcom maszerującym z obandażowanymi głowami, odmrożonymi uszami, nosami i rękoma — wszyscy posmutnieli. Każdy z nas ważył i sumował straty tej wielkiej tragedii wojennej.

Wrócę jeszcze do postaci gajowego. Tej nocy, kiedy wojska niemieckie opuściły ostatecznie nasze strony, a także większość niemieckich mieszkańców, razem z nimi zniknął gajowy z córką Niemca, która wcześniej uratowała mu życie przed rozstrzeleniem. Została jednak matka gajowego. O gajowym mówiono, że wziął ślub z córką Niemca, a następnie wyjechali z kraju gdzieś na zachód.

Matka gajowego, w dniu kiedy weszły nasze wojska — weszła do nas do domu i powiedziała, iż przybył do nas jeszcze jeden lokator. Po chwili ukazał się nam młody 17- lub 18-letni żydowski chłopak. Przeżył, dzięki pomocy głównie Cieślaków – gajowego i jego matki. Do dziś pamiętam jego wygląd, był bardzo przestraszony, budził w nas litość, ciekawość i jednocześnie podziw, jaką cenę płaci człowiek za wolę chęci przeżycia. W lesie miał 20 ziemianek i mieszkał tam 2 lata. Kiedy już było wolno wchodzić do lasu, oglądałem osobiście te ziemianki. Kiedy się umył, został nakarmiony i ubrany, pojechał do Piaseczna do organizacji pomocy Żydom. Następnego dnia przyjechał do nas na rowerze, w garniturze, na koszuli pod szyją miał czerwony krawat. Powiedział, „Pani Cieślakowa — ja żyję dzięki Pani synowi i samej Pani oraz innym, dopóki będę żył, nic złego Wam się nie stanie”. Nie wiem jak się potoczyły dalsze losy wybawców, jak również samego wybawionego.

W czasie wojny moja rodzina, babcia, mama i jej siostra, zajmowały się wyplataniem koszyczków wiklinowych do kwiatów, a następnie dostarczaniem ich do kwiaciarni. Babcia często mnie zabierała ze sobą, pomagałem jej w transportowaniu tych wyrobów mając zaledwie sześć lat. Dużo kwiaciarni znajdowało się w pobliżu getta żydowskiego i pamiętam doskonale niesamowite widoki i okrutne sceny. Babcia, w kieszeniach moich spodni zrobiła dziury, kupowała chleb, kroiła na kawałki, a ja przy wielkiej ostrożności, trzymając ręce w kieszeniach upuszczałem jak najbliżej muru. Siedzące, oparte o ścianę żydowskie dzieci krótkimi kijkami podsuwały ku sobie to cenne pożywienie. Babcia moja była wyjątkowo szlachetnym człowiekiem. W Józefosławiu mieszkała do końca swoich dni do 1976 roku.

Wracam jednak do wspomnień czasów powojennych.
Niemiecka rodzina Stallów nie wyjechała od nas z wojskiem. Pozostali na swoim gospodarstwie i długo jeszcze mieszkali w Józefosławiu. Mimo, że aktualnie nie mam żadnych wiadomości dokąd się przenieśli, wspominam ich bardzo życzliwie. Bardzo prawa i szlachetna rodzina.
Jak już wcześniej nadmieniłem, razem z Bronkiem, synem państwa Stallów, przystępowałem do Pierwszej Komunii Świętej. Po powrocie z kościoła do domu, przyjechał rowerem Bronek i powiedział, że mama czeka na nas w domu z uroczystym śniadaniem z okazji naszego Święta. Od tamtego zdarzenia zaprzyjaźniliśmy się bardzo, bywałem częstym gościem w ich domu i zawsze mile przyjmowanym.
Jednak po pewnym czasie Pan Stall został aresztowany, przewieziony do Piaseczna i z przykrością muszę oświadczyć, iż odebrano mu dużo zdrowia. Na skutek próśb i petycji uchodźców Powstania Warszawskiego i pozostałych mieszkańców Józefosławia został zwolniony z więzienia.

Po wyzwoleniu, do szkoły podstawowej chodziłem aż do Dąbrówki. Następnie, od 1954 roku już do pracy jeździłem do Warszawy. W 1957 roku zostałem powołany do wojska, które odsłużyłem w Szczecinie. Po powrocie z wojska dalej mieszkałem w Józefosławiu do 1964 roku. Dlatego dokładnie pamiętam warunki , w jakich mieszkali mieszkańcy oraz jak wówczas wyglądał sam Józefosław. Ciągle jednak czuję się związany z tym miejscem. Chociaż mieszkam obecnie na Żoliborzu, nie tracę kontaktu, odwiedzam pozostałą rodzinę i nielicznych już znajomych. Z zadowoleniem obserwuję, jak bardzo zmienił się sam Józefosław i okolice, jak wypiękniał.

Ale wrócę do jego dawnych czasów i postaram się przedstawić już historyczny wygląd. Po moim wyprowadzeniu się, w dalszym ciągu przyjeżdżałem, gdyż mieszkała tu moja ukochana babcia, która praktycznie wychowała mnie. Ojciec mój zginął w Buchenwaldzie, zaś mama bardzo młodo zmarła w 1956 roku uprzednio długo i ciężko chorując. Jedyną bliską mi osobą została babcia, z tej racji dokładnie obserwowałem następujące przemiany Józefosławia.

Drogi w Józefosławiu były bardzo uciążliwe, zwłaszcza wiosną i jesienią. Gliniane podłoże powodowało, iż niejednokrotnie buty zostawały w glinie i błocie idąc do autobusu do Dąbrówki (to były ulice Józefosławia). Pogotowie ratunkowe nie było w stanie dojechać do mieszkańców. Saniami lub wozem konnym dowoziło się chorych do pogotowia, które czekało gdzieś na początku Dąbrówki. Zima również dawała się we znaki, potężne opady powodowały zaspy i nie było można rozróżnić, gdzie ulica, a gdzie pole. Do tego trzeba jeszcze dodać całkowity brak elektryczności. Więc chodziło się z latarkami w kieszeniach. Ogólny brak opału na rynku, nie można było kupić węgla ani drewna w ilości potrzebnej dla każdego domu. A więc dużym dobrodziejstwem była bliskość lasu. Latem już robiło się zapasy zimowe. Oczywiście było to nielegalne, ale nie było innego rozwiązania i wszyscy mieszkańcy ryzykowali karę, a nawet areszt. Nie było wody w mieszkaniach, czyli wodociągu ani kanalizacji.

Myślę, że niewiele osób wie o przejeżdżającej przez Dąbrówkę kolejce wąskotorowej nazywanej potocznie „ciuchcią” . Jeździła od Dworca Południowego do Grójca i Nowego Miasta. Rozkład jazdy obejmował częstotliwość 1 lub 1,5 godziny. Zatrzymywała się na poszczególnych stacjach jak: Wyścigi, Grabówek, Grabów, Pyry, Dąbrówka, Mysiadło, Stacja Iwiczna, Iwiczna Nowa, Piaseczno. W czasie okupacji najwięcej osób korzystało z niej w celu zaopatrzenia rodzin w żywność, a nawet w celach handlowych. Niemcy nazywali te transakcje „szmugiel”. Pod pozorem kontroli zabierali wszystko. To była jedna z tras zaopatrywania w żywność mieszkańców Warszawy.
Po wyzwoleniu trasa ta służyła jako środek komunikacji do pracy w Warszawie. Ciekawostką był system ogrzewania wagonów kolejki. Wagonów w niej było 3 lub 4. W każdym wagonie na środku stał okrągły piecyk tzw. żelaźniak lub koza, w dachu zrobiony otwór i rura prowadząca od piecyka poprzez otwór w dachu na zewnątrz, odprowadzająca dym. Zdarzały się poparzenia oraz przypalania odzieży podróżujących. Kolejka jechała „skokowo”, szarpiąc oraz hamując gwałtownie. Innej komunikacji z Dąbrówki do Warszawy wówczas nie było. Dopiero w 1953 roku uruchomiono pierwszy autobus czerwony linii 131. Kursował od Dworca Południowego do Dąbrówki. Pętla autobusowa była przy dawnej starej szkole gdzieś na wysokości obecnej ul. Kuropatwy.

Mieszkało się i żyło więc w warunkach prawie spartańskich. Brak jakiegokolwiek sklepu również dawał się we znaki. Najbliższy był w Dąbrówce. Po pieczywo chodziło się przez las do piekarni w Pyrach „U Wandla”. Zdarzało się, iż ktoś ze szczęściarzy mających rower pożyczał go, wtedy były robione zakupy dla wielu rodzin.

Każdego lata przyjeżdżał do Józefosławia tabor cygański. Namioty swoje rozbijali na polanie pod lasem na przedłużeniu obecnej ul. Ogrodowej. Wtedy to największą frajdę miały dzieci. Biegaliśmy tam i przyglądaliśmy się wesołej zabawie, śpiewom, tańcom i pięknej muzyce cygańskiej. Tak z perspektywy lat to wspominam.

Zaś kiedy nadszedł grudzień i zbliżały się Święta Bożego Narodzenia zaczynały się polowania myśliwych na zające. Myśliwi, nas dzieci zatrudniali do płoszenia zwierzyny. Zaczynało się od Chylic przez cały Józefosław, samych zabudowań było niewiele i wtedy wszyscy doskonale się znali, a więc były to tylko same pola i pola.

Pragnę jeszcze wspomnieć historię powstania kapliczki, która stoi przed domem państwa Nowosielskich. Otóż moja babcia i Panie: Korlakowa, Malewiczowa, Wiśniewska i jej mąż, Kapuściarkowa (ówczesna właścicielka tej posesji) zawiązali kółko różańcowe. To właśnie z ich inicjatywy i wspólnej pomocy finansowej powstała ta kapliczka. Tu modlili się mieszkańcy. Tu również odbywały się pamiętne „majówki”.

Chciałbym jeszcze pokrótce opisać niezwykle trudne życie mieszkańców Józefosławia, już po wyzwoleniu, z powodu braku światła, kanalizacji, wody w mieszkaniach, wygodnych dróg. Większość mieszkańców nie posiadała ziemi uprawnej, z której mogliby się utrzymywać. Więc musieli szukać sposobów na utrzymywanie siebie i swoich rodzin. Otóż moja rodzina posiadała wiedzę, nabytą w Siekierkach, o wyrobie z wikliny koszyczków na kwiaty. Koszyczki dostarczane były do kwiaciarni, kosze na owoce i warzywa dla sadowników i gospodarzy indywidualnych. Z tego zawodu (można śmiało tak powiedzieć) właśnie się utrzymywała.

Byli również tzw. mleczarze, którzy skupowali mleko od miejscowych gospodarzy, a następnie w bańkach po 20-30 litrów, nieśli pieszo na własnych plecach do Dąbrówki do pociągu, który odjeżdżał rano przed godziną 5. Jechali do Warszawy i dostarczali owo mleko na konkretne zamówienia dla mieszkańców stolicy. Była to wyjątkowo trudna i ciężka praca zwłaszcza w okresie wiosennym, jak również jesienno-zimowym –rozmokle i gliniaste drogi, niezwykle obfite opady śniegu, którego nikt nie był w stanie uprzątnąć. Jeszcze dochodziły do tych niezwykle uciążliwych warunków nieoświetlone ulice.

Brak kanalizacji i wody w mieszkaniach nie dokuczał tak bardzo jak brak energii elektrycznej. W związku z tym czynności sprzątania, prania i prasowania dla kobiet były prawdziwą męczarnią. Nie znał nikt takich urządzeń jak odkurzacz, żelazko elektryczne, pralka, lodówka, telewizor czy nawet radioodbiornik. Tak blisko Warszawy, a jednak tak daleko do wygodniejszego życia.

Wnętrze mieszkań oświetlano lampami naftowymi lub karbidowymi, a to z tego powodu, że w sklepach okolicznych raz brakowało nafty, a innym razem karbidu. Prasowanie zaś odbywało się ciężkimi żelazkami metalowymi z wkładem wewnętrznym tzw. duszą. W kuchni węglowej rozpalało się ogień, wkładało do niego duszę i grzało się ją tak długo aż była czerwona. Wówczas za pomocą pogrzebacza trzeba ją było włożyć do żelazka i już można było prasować. Po niedługim czasie, kiedy żelazko już nie prasowało, gdyż wystygło, czynności te były powtarzane. Takie czynności trwały niejednokrotnie dwa, a nawet trzy dni, w zależności od ilości członków w rodzinie. A proszę sobie wyobrazić jak wyglądała ta czynność przy temperaturach na zewnątrz 25-30˚C.

Z Józefosławia wyprowadziłem się w 1964 roku i jeszcze długo potem nie było tam prądu. Z tego co pamiętam, to doprowadzono go dopiero w późnych latach 70. lub na początku lat 80.  

Dzieci i młodzież dorastająca również nie miała w owych czasach łatwo. Do najbliższej szkoły chodziło się do Dąbrówki. Nikt z nas nie znał, co to są kolonie czy też obozy. Jedyną frajdą było to, że nie musieliśmy chodzić do szkoły. Zaś ten obowiązek zastępowała praca dzieci i młodzieży przy pracach polowych i ogrodowych, takich jak: zbieranie i pielenie truskawek, rwanie porzeczek i agrestu, zaś późną jesienią rwanie jabłek w sadach. Był to wielki bodziec dla nas, gdyż mieliśmy własne pieniądze na odzież, zeszyty i książki szkolne oraz „kieszonkowe”. Była to duża pomoc dla budżetu rodzinnego, z czego byliśmy niezmiernie dumni, a wśród dorosłych cieszyliśmy się uznaniem.

Wojciech Małkowski

 

 

Tekst Wojciecha Małkowskiego przekazany do archiwum Józefosławia i Julianowa

...

Biblioteka Publiczna w Piasecznie

realizacja: geotechnology.pl
Moja e-bibliotek@ liderem informatyzacji na Mazowszu

Projekt jest realizowany w ramach programu 2.1 E-usługi, Poddziałanie 2.1.1 E-usługi dla Mazowsza, typ projektów Informatyzacja bibliotek, w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego 2014-2020.